Witam po mega, mega długiej przerwie. Postanowiłam poruszyć temat, z którym bardzo często mamy problem. Odnosząc się do dzisiejszego tytułu, przeniosę Was w swoją historię, byście mogły zrozumieć i spojrzeć na temat z zupełnie innej strony. Pamiętam czas, kiedy po śmierci Miłosza dostaliśmy od znajomych zaproszenie na wesele. Było to mniej więcej ponad 3 miesiące po pogrzebie. Oczywiście moja pierwsza myśl była taka, że nawet nie ma takiej możliwości. Ze wstydu się schowam na myśl, że po takiej tragedii pójdę na takie wielkie widowisko. A przecież nikt nie mówił, że mam tańcować do białego rana. I tu pytanie czego obawiałam się bardziej. Czy tych oczu kierujących się na mnie i mojego męża pełne współczucia. Czy to, że mnie zmieszają z błotem przez to, że bez większych wyrzutów przyszłam się “pobawic” A może jednak tego, że nie wytrzymam widoku biegających dzieci? Pytań i wątpliwości było mnóstwo. Jednakże po namysłach padła decyzja. Jak nie pójdziesz to się nie przekonasz! Byliśmy wystawieni oboje na próbę swojej psychiki. Oczywiście założeniem z góry było to, że będę siedzieć jak taki lump i tylko sztucznie się uśmiechać. I wiecie co? Będąc już na miejscu sytuacja się totalnie odmieniła. Wszyscy inni nie dali nam odczuć niczego złego. Zabrzmi to dziwnie, ale na moment zapomniałam o tym, jak bardzo mi jest źle i ciężko. I były dzieci. Biegały, tancowaly a pomiędzy nimi my. Ja i mój mąż, Marcin. Bawiliśmy się naprawdę dobrze ale… Było to cholerne ale. Na drugi dzień pomimo dobrej zabawy wstałam i miałam cholerne wyrzuty sumienia. Poczułam się jak jakaś opętana, bo zaczęłam przepraszać swoje dziecko, że mogłam w taki sposób o nim zapomnieć i tak po prostu się bawić. Pojechalismy na cmentarz i serce chciało mi rozerwać. Ze wstydu. Potwierdziłam słowa tych, z którymi dzisiaj się nie zgadzam. Nie byłam dobrą matką. Dobra matka tak nie robi. Po tym czasie odmawialam sobie wszystkiego. Nie wychodziłam zbytnio nigdzie, odciełam się od niektórych znajomości by uniknąć imprez. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że niepotrzebnie. Bo te właśnie wyjścia, pomagały na chwilę poczuć się “na luzie”. Minęło sporo czasu, bym mogła sama do tego dojść. Małymi krokami zaczęłam wychodzić wraz z mężem na jakieś wypady a te wyrzuty minęły same. Właśnie przez nie, ograniczałam się do zera, nic mnie nie cieszyło. Nie mogłam zająć głowy niczym przyjemnym i przez to miałam ok. 2 lata wyjęte z życia. Dziś śmiało mogę stwierdzić, że należy korzystać z życia pełnymi garściami. Szczęśliwi my to i szczęśliwe dziecko. Czy takim zachowaniem zwrócimy życie naszych dzieciaków? Nie. Co się stało to się nie odstanie. Nam jest dane żyć dalej dlatego trzeba o to zadbać. O więzi z partnerem. O relacje ze znajomymi. Nie sugerujcie się stereotypami, że po śmierci dziecka obowiązuje Cię żałoba min. 2 lata i tego typu dziwactwa. Nie!!! Żałobę przede wszystkim nosi się dla siebie i w sercu. A nie na pokaz, by ktoś tylko mógł widzieć jak rzekomo cierpisz. Pogodziłam się z myślą, że żałobę zabiorę ze sobą do grobu. Do końca swoich dni moje serce będzie posklejane a nigdy takie samo jak przedtem. Człowiek uczy się na błędach, dlatego po swoim doświadczeniu, nie chce byście się ograniczali tak jak robiłam to ja. Dla swoich dzieci, zawsze będziecie idealni i kochani! 🥰
- Zdjęcie dodane przeze mnie to właśnie z tego wesela. ❤️

Komentarze
Prześlij komentarz