O ciąży dowiedzieliśmy się w maju 2016r. i chociaż była planowana to było to dla mnie zaskoczenie. W marcu stwierdziliśmy, że chcemy mieć dziecko, więc zaczęliśmy starania. W kwietniu, tydzień przed spodziewana miesiączka zrobiłam test, wyszedł oczywiście negatywny. Byłam już pewna, że nic z tego, przecież coś by pokazało. Przestałam o tym myśleć, minęły prawie dwa tygodnie, a miesiączka nie przychodziła. Byliśmy akurat na zakupach, więc poleciałam po test. Byłam tak ciekawa, że szybko poszłam zrobić i odrazu pokazały się dwie piękne kreski, byliśmy tacy szczęśliwi.
Pochwaliłam się mamie, później siostrze, chciałam podzielić się ze wszystkimi tym szczęściem. Mijały miesiące, czułam się bardzo dobrze, wyniki były książkowe, chodziłam regularnie do lekarza. Termin miałam na koniec grudnia, w domu bylo już wszystko gotowe, torba do szpitala spakowana.

Nadszedł 12 grudnia 2016 r. najgorszy dzień w naszym życiu.. Wstaliśmy rano, pojechaliśmy jak zwykle na zakupy, trwały one może z 3 godzinki. Wróciliśmy do domku usiadłam i pomyślałam, że mała jakoś się nie wierci, pierwszym moja myślą było to że pewnie śpi, mimo wszystko czułam niepokój. Położyłam się, zjadłam czekoladę, ale nic się nie działo między czasie zadzwonilam do położnej, która kazała jechać do szpitala.. Ubralam się, zadzwonilam po mamę, że muszę jechać do szpitala.. Nic nie mówiłam mężowi, bo byla to jego wyczekiwana córeczka, dopóki nic nie wiedziałam to nie chciałam i jego denerwować.. Dojechałysmy do szpitala, kilka minut na poczekalni, w końcu kazali mi wejść, za jakiś czas przyszedł lekarz. Zaczął robić usg.. Po kilku minutach usłyszałam coś czego nie zapomnę do końca życia..! " Brak bicia serca, Pani córka nie żyje.. Wybuchłam płaczem, zawołałam mamę, nie wiedziałam co się dzieje, mama zadzwonila po męża. Krzyczałam, że nie chce tam zostać, chce jechać do domu, a Julka ma zostać ze mną. Próbowali mnie uspokoić i po jakimś czasie zabrali mnie na porodówke, żeby pobrać krew, dać leki. Za chwilę był mój mąż, rozmawialiśmy z lekarzem, że najlepiej jak urodzie sn, mówił że tak się zdarza, że zrobią sekcje i może znajdą przyczynę. Położyli mnie na salę przed porodową, poszłam do lekarza, żeby zrobił mi jeszcze raz usg, bo przecież to nie możliwe! Nie mogłam spać, nie wiedziałam co robić.. Następnego dnia po południu dali leki, żeby coś się zaczęło, po tabletce zrobiło się 1cm rozwarcia, założyli balonik.. W środę było już 5 cm, przebili wody i dali kroplowke.. Plakalam z bólu, tak bardzo się bałam, ale miałam jeszcze nadzieję, że jednak usłyszę płacz Julki.. Zaczęło być mi nie dobrze, lekarz przyszedł sprawdzic, było już 9 cm, kazali mężowi pomoc mi przenieść się na porodówke.. No i sie zaczęło pomimo ogromnego bólu o 21:40 urodziłam nasza córeczkę, nie usłyszałam tego wyczekiwanego płaczu. Nie potrafiłam zrozumieć co się dzieje, dlaczego?! Po porodzie wystąpiły komplikacje, podali kolejne kroplówki. Po wszystkim przynieśli naszego Aniołka żebym mogła zobaczyć, dać imię i zabrali żeby ochrzcić. Musiałam leżeć jeszcze przez 2 godziny na sali porodowej, byłam wykończona. Nie pamiętam kiedy i przewiezli mnie nie oddział ginekologiczny, żebym nie musiała patrzec na inne szczęśliwe mamy na położniczym. Obudziłam się następnego dnia, mąż między czasie załatwiał z mamą wszystkie formalności i pochówek. Dostawałam masę leków uspokajających, nie wiedziałam co się wokół dzieje. W piątek czułam się trochę lepiej, powiedziałam lekarzowi, że muszę wyjść do domu, bo w sobotę mieliśmy pochować nasza córeczkę. Po kilku godzinach dostałam wypis, pojechaliśmy do zakładu pogrzebowego, żeby zaprowadzili nas do Julki. Dojechaliśmy na miejsce.. Zobaczyliśmy nasza córeczka, była tak malutka i śliczna. Trzymałam ją za rączke cały czas płakałam, a mąż ubierał. Włożyliśmy Aniołka do trumienki pożegnaliśmy sie i musieliśmy ją tam zostawić. Wróciliśmy do domu, a następnego dnia odbył się pokropek naszej córeczki. Tak bardzo bolało, że zamiast cieszyć sie nasza córeczka w domu musiałam ją pochować. Sekcja nic nie wykazała, nasza córeczka była zdrowa..


Komentarze
Prześlij komentarz